Kayak expedition through all east cost of the deepest and stormiest lake in the world – Baykal (Siberia)  






  

     Bajkał 2001 - pamiętnik z wyprawy

      

 

 Pobierz

  pamiętnik

Relacja z wyprawy ks. Dariusza Sańko

Bajkał  (od 11.VII.2001 do 8.VIII.2001)

   
 

11.VII. / 12.VII. / 13.VII. / 14.VII.2001. 

            W Swierdłowsku spędziliśmy na dworcu kolejowym parę godzin. Dworzec był duży, brudny i pełen ludzi. W sklepikach wokół dworca widzieliśmy wiele towarów zachodnich. Ceny takie jak w Polsce, a nawet niektórych artykułów trochę wyższe. Obok jednego sklepika leżały zwłoki człowieka, przykryte niedokładnie, jakąś szmatą. Nikt na niego nie zwracał uwagi.

Mieliśmy ogromne problemy z kupieniem na dworcu dalszych biletów. Około 8 razy staliśmy w różnych długich kolejkach, gdzie otrzymywaliśmy różne, nawet sprzeczne ze sobą informacje odnośnie pociągów w regiony Bajkału. W końcu udało się nam kupić bilety do Nowosybirska. Po wejściu do pociągu dowiedzieliśmy się, że pociąg jedzie aż do Ust-Kuta, miasta leżącego nad Leną. Przewodniczka naszego wagonu, bardzo życzliwa osoba sprzedała nam w pociągu bilety aż do Ust-Kuta. W pociągu podczas tej podróży modliliśmy się,czytaliśmy książki, dobrze jedliśmy i piliśmy, a najczęściej to graliśmy w karty, w które to Piotrek zawsze „wygrywał”.

14.VII.2001.

            W Ust-Kucie byliśmy około godziny 9.00 rano tutejszego czasu. Najbliższy pociąg nad Bajkał, do miasta Siewierbajkalsk mieliśmy ok 24.00. Zwiedziliśmy więc trochę miasto, w którym, to już w 1999r. byliśmy podczas pierwszej wyprawy na Bajkał. Przede wszystkim zaś pierwsze nasze kroki wraz z Szymonem skierowaliśmy nad rzekę Lenę. Płynie ona bowiem jakieś 500m. od dworca kolejowego. Płynęła ona spokojnie, bez żadnych fal, choć nurt jej był bardzo szybki. Woda była koloru żółto-brązowego i wydawała się raczej brudną. Paru chłopaków skakało do wody. Po drugiej stronie rzeki widać było pasące się krowy. Koło chałup stało zakotwiczonych wiele prywatnych łodzi, głównie motorówek. Całe bowiem życie ludzi Syberii skupia się głównie koło rzek, które stanowią główny środek transportu.

    W tym roku wydarzyła się na niej  powódź stulecia, która była spowodowana zatorem lodów na północy, które nie nadążyły topnieć pod wpływem wody zeszłej z śniegowych gór i mocnego słońca południa. Skutki tej powodzi było widać nawet w Ust-Kucie. Na drugim brzegu rzeki widzieliśmy wyrzucone na brzeg 2 duże statki i przybrzeże, które służyło do cumowań statków. Spotkaliśmy też w porcie grupę ludzi z Tadżykistanu, którzy czekali na prom do Leńska. Jeden z nich, mówiący po rosyjsku powiedział, że mieszka już w Leńsku od 15 lat, a teraz właśnie wraca z Tadżykistanu z grupą ludzi, ze swojej wioski, aby podjąć pracę przy odbudowie Leńska. W obwodzie leńskim powódź bowiem była największa. Woda podeszła tam 21 metrów w górę nad poziom krytyczny. Zostało zalane całe miasto.

            Bilet na prom z Ust-Kuta do Leńska kosztuje ok. 30 dolarów i pływa aż do samej Jakuci, co 5 dni. Tadżycy czekali spokojnie. Na moje pytanie, kiedy przypłynie prom? Odpowiedzieli, że nie wiedzą, że w ciągu 5 dni powinien przypłynąć.

            Same miasto Ust-Kut od mojej ostatniej wizyty mało się zmieniło. Trochę więcej jest sklepików prywatnych, barów na wolnym powietrzu. Ceny artykułów spożywczych w większości takie jak w Polsce, jedynie warzywa i owoce kosztują dwa razy więcej.

            W międzyczasie oczekiwania na pociąg do Siewierbajkalska wraz z Szymonem zaliczyliśmy małą górkę w pobliżu miasta. Widok był fantastyczny. Dobrze było widać ciągnącą się wśród gór Lenę i pływające na niej statki.

15.VII.2001. 

       W Siewierbajkalsku byliśmy nad ranem, ok. godziny 8.00. Po wyjściu z pociągu jeden Rosjanin- taksówkarz zaproponował nam, że za 100 rubli (4 dolary) zawiezie nas na sam Bajkał. Co prawda do Bajkału z tego miejsca mieliśmy tylko ok 2 km, ale nasze bagaże, pomimo nawet wózka nie należały do najlżejszych: 3 kajaki składane, 3 plecaki i 1 worek rzeczy osobistych, 2 worki z jedzeniem, z których jeden głównie z kiełbasą ważył ok. 100 kg

            Pogoda tego dnia była słoneczna. W porcie zaczęliśmy przygotowywać nasze kajaki do zmagań z Bajkałem. W międzyczasie braliśmy krótkie kąpiele w dość lodowatych wodach Bajkału.

            Dwa lata temu wraz z Szymonem i Czarkiem przepłynęliśmy kajakami całe zachodnie wybrzeże Bajkału z północy na południe. Płynęliśmy wtedy od miejscowości Niżnyjangarsk do wsi Kułtuk. Podróż ta zajęła nam 18 dni. Teraz natomiast chcemy dokończyć to dzieło i przepłynąć całe wschodnie wybrzeże Bajakłu. Jest to buriacka strona. Nie wiem, ile dni nam przyjdzie teraz płynąć, bowiem trudno jest przewidzieć pogodę, a do tego Piotrek i Artur są nowicjuszami. Zobaczymy.

            Po złożeniu kajaków zadecydowaliśmy z Szymonem, że pierwszy nas kurs obieramy od razu na drugą stronę Bajkału. Było to dość śmiałe przedsięwzięcie, gdyż „ścinka” ta miała ok 45 km Jednak doświadczenia przeżytego Nordcape-u i Lofotów w Pn. Norwegii rok temu dodały nam odwagi i śmiałości  do wypływań w niepewne wody.

            Ruszyliśmy.Pogoda wyśmienita, słoneczko jasno świeci i wieje delikatny wiaterek. Rozkoszujemy się pierwszymi pociągnięciami wioseł w cudownym plenerze Pn. Bajakłu. Po ok. 3 godzinach wiosłowania wciąż w oddali widać Siewierbajkalsk, a do drugiego brzegu jeszcze niezły kawałek. Powoli zaczyna wiać wiatr z pd-wsch. i z każdą minutą coraz silniejszy. Fale krótkie, ok 1 metrowe. Pogoda zmienia się szybko i robi się zimno. Zakrywamy szczelnie nasze kajaki osłoną z folii przed falami i płyniemy dalej. Powoli czujemy brak kalorii w organizmach. Musimy wkładać wiele sił, aby poruszać się do przodu. Wyjąć nic do jedzenia nie możemy, bowiem wszystko bardzo szczelnie zapakowaliśmy i na wodzie w tym momencie jest to niemożliwe. Powoli Piotrek i Artur zostają w swoim kajaku w tyle, nie mając sił płynąć szybciej. Muszę zwolnić tempo, aby mieć ich na oku. Zaczynam odczuwać zimno, ale nie mogę płynąć szybko, gdyż muszę być przy najmłodszych gdyż Bajkał wzburzony, a oni mają problemy. Zdejmuję i oddaję dla Artura moją mokrą bluzkę, gdyż wygląda niewesoło, chyba jest już blisko hipotermii. Jest siny, drży i łapią go kurcze. Szymon także skarży się na porządne kurcze nóg, ale płynie twardo. Walcząc z zimnym wiatrem wiejącym w twarz, krótki rwanymi falami powoli zdążamy do upragnionego brzegu. Po 7,5 godzinach nieustannego wiosłowania dochodzimy na wschodnie Bajkału. Artur ma problemy z wyjściem z kajaka. Piotrek wygląda także w opłakanym stanie. Pierwsza „ostra” lekcja Bajkału za nimi. Dalej ognisko, Msza Św. i spanie.

16.VII.2001. 

       Wyruszamy około godziny 9.00. W pierwszych minutach płynięcia łapie nas gęsta poranna mgła. Z Szymonem musimy czekać na kajak Artura i Piotrka, gdyż są w tyle. Tracimy z nimi kontakt wzrokowy, jednak po jakimś czasie odnajdujemy się. 

W czasie krótkich przerw w ciągu dnia na odpoczynek dostrzegam problem długiego czasu potrzebnego na spakowanie, który potrzebują najmłodsi. Próbuję im słownie to uświadomić, nie wiem z jakim skutkiem na przyszłość.

Najgorszą jednak przeszkodą dziś staje się silny wiatr, który wieje prosto w twarz, tym razem pd-zach. Powoduje on białe grzywy fal o wysokości ok. 2 metrów. Fale te są niezbyt przyjemne do pokonywania, bo są krótkie. Bez osłon foliowych z góry kajaków nie byłoby mowy o żadnym płynięciu w takich warunkach. W czasie postojów wylewamy z wnętrza kajaków duże ilości wody.

Wieczorem przybijamy do jakiejś miłej zatoczki piaskowej. Przy wysiadaniu z kajaka jakaś duża fala uderza mnie w plecy i zwala mnie całego do wody. Jest jednak miło, bo tu będziemy odpoczywać. Nowicjusze przybywają ze sporym opóźnieniem. Płynęliśmy ok. 7 godzin.

17.VII.2001.

            Wypłynęliśmy wczesnym rankiem. Pogoda wyśmienita do płynięcia. Słońce przygrzewa mocno, a od lustra wody bije chłód toń Bajkału. Przepiękne krajobrazy. W oddali widać w tle różnokształtnych chmur majestatyczne góry zachodniego Bajkału. Fal jak na razie wcale nie ma. Rozkoszujemy się dziewiczą przyrodą tego miejsca. Bajkał jest jak bajka, cudowny, niesamowity. Tu człowiek może zapomnieć o wszystkim i zatopić się w kontemplacji tego piękna. Nic dziwnego, że zesłańcy z Polski jako pierwsi zbadali go porządnie. Czerski wykonał między innymi mapę całej linii brzegowej Bajkału, Godlewski mierzył jego głębokości. Nie wspominając o innych ich odkryciach badawczych i innych Polakach. Historia wielu Polaków bardzo mocna związała się z tym najgłębszym jeziorem świata.

            Niedługo nam przyszło się jednak cieszyć się spokojną wodą. Kiedy obraliśmy kurs na odległy jakieś 15 km cypelek znowu przyszedł silny wiatr w twarz. Bardzo ciężko się płynęło. Przypłynąłem na ten cypelek jako pierwszy. Na najmłodszych trzeba było czekać ponad godzinę.

            Wieczorem jak robiliśmy jakąś kolejną ścinkę, przypłynęła do nas z oddalonej ok 800m. chałupy jakaś motorówka. Ludzie, którzy w niej siedzieli pokazali nam przez znaki ręczne, że mamy przypłynąć do brzegu. Domyśliliśmy się, że jest wśród strażnik tego regionu Bajkału. Po przypłynięciu strażnik zapytał nas o „rozrieszenie” na przebywanie w tym regionie. Oczywiście, że go nie mieliśmy. Powiedział nam, że wobec czego tu u niego na polanie musimy czekać do jutra rana do 9.30, a on jakoś tam po kontakcie z kimś tam w Niżnyjangarsku nam je załatwi. Rozbiliśmy więc namioty i poszliśmy spać. Płynęliśmy dziś ok 7,5 godzin.

18.VII.2001. 

            Około godziny 10.00 strażnik oznajmił, że możemy płynąć dalej, ale musimy zapłacić mu „sztraf” w wysokości 250 rubli. (ok. 8 dolarów USA). Zaczął wypisywać nam „rozrieszenia”. Szymon  jednak z przekory poprosił go o dokument stwierdzający, że jest strażnikiem tego „zapowiednika” i pokwitowanie za „sztraf”. Ta mowa tak go rozćwieczyła, że zabrał się i poszedł. Szymon ruszył za nim. Skończyło się na tym, że nie chciał wziąć żadnych pieniędzy i powiedział, że skoro tak, to za parę dni zapłacimy 1000 rubli „sztrafu”. Dał nam jakieś papiery i powiedział, że mamy zameldować się po drodze u jakiegoś tam inspektora. Pokazał nam na mapie gdzie mieszka ten inspektor. Zobaczymy wkrótce, co z tego wyniknie.

            Rosja to dziwny kraj. Przyroda jest bardzo ładna, ale ich prawa począwszy od wjazdu do ich kraju to prawdziwy koszmar.

            Pierwsza godzina płynięcia była spokojna, ale następne przyniosły nam paskudny prawie ciągły szkwał w twarz o dużej prędkości. Nie powodował on olbrzymich fal, bo tylko ok 1,5 m., ale fale te były  trudne do płynięcia krótkie i wściekłe.

            Mimo zaplanowanej jednej z kolejnych ścinek nie mogliśmy dojść do celu. Młodzi powoli siadali. Szymon i ja wkładaliśmy też  w wiosłowanie nie ludzie siły. Zarządziłem więc zmianę kursu na najbliższy brzeg.

            Kiedy wiatr trochę przycichł ruszyliśmy dalej. Wiatr nadal mieliśmy w twarz, ale już nie tak silny. Podziwialiśmy cudowną przyrodę „burguzińskiego zapowiednika”. Kolory nieba zmieniały się tak szybko jak w kalejdoskopie. Dziękuję Bogu, że tu jestem.

Młodzi Piotrek i Artur powoli już przełamują się i przyzwyczajają do trudów wyprawy. Dzisiaj zmienili miejsca w kajaku Artur wsiadł do przodu, Piotrek do tyłu. Ostatni odcinek płynęli w przedzie, trzymając niezłe tempo. Rozbiliśmy namioty na kamienistej plaży, palimy ognisko, pieczemy kiełbaski i rozkoszujemy się melodią cudnych fal Bajkału. Jest pięknie.

19.VII.2001. 

            Pogoda tego dnia była przepiękna wymarzona do płynięcia. Czasami wiał tylko pd-zach wiaterek, ale nie był silny. Płynąc rozkoszowaliśmy się dziewiczą przyrodą „buriackiego zapowiednika”, jasną zielenią drzew, błękitnym niebem i krystalicznie czystą wodą Bajkału. W czasie jednego odpoczynku zafundowaliśmy sobie „banię”-saunę, którą sami sobie zrobiliśmy w przydrożnej chatce leśnej.

Wieczorem przypłynęliśmy do pewnej osady złożonej z paru chałup, aby zameldować się w związku z „razrieszeniem”. Wielkie było nasze zdziwienie, gdy się dowiedzieliśmy, że się już dawno temu przepłynęliśmy chatę głównego inspektora strażnika, u którego mieliśmy się zameldować. Trudno.

W osadzie tej jedynymi ludźmi byli tylko dziadek i babcia. Pokazali nam gdzie mamy rozbić namioty. Kiedy już rozbiliśmy namioty i rozpaliliśmy ognisko przyszedł do nas dziadek i przyniósł nam na kolację parę ryb. Trochę z nim porozmawialiśmy na różne tematy. Zapytaliśmy go też oczywiście o niedźwiedzie. Powiedział nam, że ostatniej nocy jakiś tu chodził i  włamał mu się do spiżarni. Powiedział jednak, żebyśmy się go nie obawiali, bo jest mały i raczej to on obawia się ludzi. W ramach wdzięczności za rybę daliśmy dla dziadka kiełbasę. Płynęliśmy w dniu dzisiejszym ok. 7 godzin.

20.VII.2001.

            Rano dziadek przyniósł nam w ramach za wczorajszą kiełbasę worek ryb. Oczywiście nie można było być niewdzięcznym za taki gest. Znowu ofiarowaliśmy dla dziadka kiełbasę.

            Płynęliśmy dzisiaj w przepięknym plenerze bajakalskiej natury. Cudowna zieleń drzew, przeźroczysta woda Bajkału i dzikie góry. Raj dla ciała i ducha. Udało nam się zobaczyć dzisiaj także po raz pierwszy dwa niedźwiedzie. Pierwszego nie widziałem, bo akurat robiłem zdjęcia pięknym krajobrazom. Natomiast drugiego widzieliśmy wraz z Szymonem z kajaków z odległości ok. 400 metrów. Ogromne cielsko, bardzo szybko i zwinnie uganiało się po plaży. Pewnie w razie porządnego kontaktu z nim jedynym ratunkiem mogłaby być tylko jakaś dobra broń. Zwinność jego cielska zrobiła na mnie wrażenie.

            Wiatr mieliśmy dzisiaj różny, przeważnie jednak ten znajomy pd-zach. Woda była bardzo dobra do kąpieli. Na każdym postoju się kąpałem. Teraz biwakujemy na bardzo kamienistej plaży. Płynęliśmy dzisiaj ok. 9 godzin.

21.VII.2001. 

       Dzisiejszy dzień był dla mnie bardzo ciężki. Prawdopodobnie po wczorajszych kąpielach wzięła mnie jakaś choroba. Ledwo żyłem. Płynąłem jak lunatyk, miałem ogromny ból głowy, stawów, i ciągało mnie na wymioty. Chciałem być sam, każdy hałas mnie drażnił. Dopiero pod koniec dnia mi przeszło. Pod koniec dnia przepłynęliśmy tzw. „cziwirkuiskoją zatokę”. Pogoda ogólnie była słoneczna. W klifach przybrzeżnych podziwialiśmy cudne groty. Płynęliśmy ok. 9 godzin.

22.VII.2001. 

            Dzisiaj niedziela. Spaliśmy o godzinę dłużej niż zawsze. Potem śniadanie, które jest takie same, jak każdy inny posiłek, który robimy na każdej przerwie w ciągu dnia. Składa się z kiełbasy salami, zupek chińskich, oraz kawy lub herbaty. Przez pierwsze 2 godziny płynięcia padał deszcz. Mimo to w oddali trochę we mgle widzieliśmy z przodu małą wysepkę, która jest na wysokości osady Pakojniki (która to leży na przeciwległej zachodniej stronie Bajakłu).

Potem mieliśmy krótki postój i znowu następne ok 2 godziny do płynięcia i tak wkółko. Młodzi często zostawali w tyle. Trzeba było na nich wiele razy czekać bardzo długo. Tym bardziej trzeba było mieć ich na oku, gdyż Bajkał był niespokojny i fale grzywiły. Kierunek jednak wiatru i fal tym razem mieliśmy nam na rękę, bo w plecy. Płynięcie nie wymagało tak dużego wysiłku, jak podczas wiatru w twarz.

Wydaje mi się, że tempo płynięcia byłoby nieporównywalnie większe, gdyby nie młodzi. Niech jednak będą dumni, że przepłynęli Bajkał, choć teraz, to nieźle dostają w kość. Ja osobiście w tej wyprawie czuję się bardziej jak wychowawca, opiekun, niż  wolny podróżnik bez większych zmartwień na głowie. Jest to dla mnie nowe doświadczenie. Myślę jednak również, z drugiej strony, że jest to także dla mnie jakieś nowe wyzwanie, któremu muszę sprostać. Dobrze jest przecież zrobić coś dla innych. Choć wcale nie jest łatwe płynąć z młodymi. Bardziej głowa jest zaprzątnięta troską o ich bezpieczeństwo niż zatapianiem się w mistykę Bajkału. Teraz w niedalekiej oddali od nas szaleje burza. Nie wiadomo czy wejdzie na nas. W każdym razie zaraz Msza Św.

23.VII.2001.      

       Od rana nieźle wieje płd-wsch wiatr. Jest on niedobry do płynięcia dla nas. Odciągamy się z wypłynięciem z nadzieją, że może wkrótce on przejdzie. Mszę Św. mamy rano. Następnie wypływamy mimo nadal złej pogody. Po ok. godzinie płynięcia nie widzę młodych. Zatrzymuję się na brzegu, aby na nich poczekać. Szymon płynie dalej do przodu. Rozpalam ognisko, bo jest zimno i wilgotnie. Dopiero po ok. 2 godzinach oczekiwania przypływają najmłodsi. Dalej płyniemy razem w bardzo niedalekiej odległości od siebie. Wiatr bardzo ciężki do płynięcia. Posuwamy się do przodu bardzo wolno. Po ok godzinie docieramy do miejsca, gdzie czeka na nas Szymon z rozpalonym ogniskiem. Reperujemy kajak młodych, bowiem wygląda w opłakanym stanie. Odpoczywamy długo, gdyż wiatr zamiast maleć zwiększa coraz bardziej swoją siłę. Ja ucinam nawet sobie małą drzemkę. Oczekiwanie na wypłynięcie coraz bardziej się nam dłuży. Chodzimy wzdłuż brzegu, aby ocenić stan Bajkału. Wygląda nieciekawie. W końcu jednak oczekiwanie na wypłynięcie, tak się nam dłuży, że decydujemy się na start. Jesteśmy schowani w miarę cichej zatoczce, dlatego nie mamy większych problemów z wodowaniem.

Ciężko jest wiosłować. Fale nieźle grzywią, są wredne i dochodzą niektóre do wysokości ok. 4 metrów. Przy grzywach tworzą się prawie pionowe ściany wody. Płyniemy wszyscy w bardzo niedalekiej odległości od siebie. Baję się trochę o młodych. Jednak jest fantastycznie, żywiołowo. Zaczynam sobie śpiewać znane mi szanty. Parę razy  niektóre grzywiaste fale rozbijają się o mój tors. Są to jak na razie najwyższe fale jakie kiedykolwiek widziałem na Bajkale. Kocham jednak żywioł, i dlatego czuję się wśród tych fal jak w raju. Dzięki Ci Boże za  surowe piękno żywiołów.  Widzę z boku, że przez młodych, co chwila przelewają się fale, które tną dziobem swego kajaka. Wygląda to jakby przedzierali się przez ściany  fal, wisząc w pewnym momencie dziobem kajaka w powietrzu, po wynurzeniu się z  fali. Niezły widok. Żałuję, że nie mogę uwieńczyć tego na kliszy fotograficznej. Aparat fotograficzny mam schowany głęboko we wnętrzu worka żeglarskiego. Zresztą i tak nie odzwierciedliłby tego. Po prostu trzeba tu być. Nagle niespodziewany wypadek. Arturowi pęka wiosło. Piotrek coś tam wiosłuje swoim, ale i tak fale szybko ponoszą ich ze sobą. Szymon i ja szybko zawracamy nasze kajaki i płyniemy do nich. Boję się, aby jakaś fala ich nie przewróciła. Szymon oddaje Arturowi swoje wiosło, a sam bierze jego połamane. Do brzegu jest ok. 300 metrów. Znosi Szymona na skalisty brzeg. Decyduję się  lądować na brzegu. Chcę Szymonowi po moim wylądowaniu szybko rzucić moje wiosło, aby mógł w miarę bezpiecznie wylądować także na brzegu. Moje lądowanie nie jest łatwe, bo fale są duże. Pierwsza fala uderza mnie z tył zalewając mnie i mój kajak. Druga całkowicie pochłania mnie sobą, miotając mnie swoją energią. Szybko jednak instynktownie wychodzę z kajaka i co sił ciągnę go jak najdalej od tych fal. Nie wiem w jakim jest stanie, ale nie czas teraz na sprawdzanie. Biegnę co sił z moim wiosłem w ręku w kierunku Szymona, który jest jakieś 100 metrów w tyle, znoszony przez fale w kierunku brzegu. Chcę rzucić mu moje wiosło. Dochodzę w okolice tego miejsca. Szymon krzyczy, że  da radę sam z połamanym wiosłem  wylądować. Ląduje, ale też nie jest suchy. Młodzi są już też koło brzegu w okolicach Szymona. Lądują. Jakaś fale zalewa Artura od tył, ale wszystko w porządku. Jesteśmy na brzegu. Idę obejrzeć mój kajak. Na szczęście jest cały, nie połamał się.

Dalej dziś nie płyniemy. Młodzi mają już teraz tylko dwa wiosła plastikowe, które nie są odpowiednie do mocnych fal. Do tego brak doświadczenia i kajak całkowicie się rozwalający, który nieźle już zaczyna przeciekać. Rozbijamy namioty, ognisko, jedzenie i odpoczynek dłuższy.

Mimo, że płynęliśmy dzisiaj tylko ok. 3 godzin dziękuję Ci Boże za ten dzień. To był dla mnie jak na razie najpiękniejszy dzień w dotychczasowej naszej wyprawie wschodnim wybrzeżem Bajkału. Teraz podziwiamy szalejący sztorm. Dziękuję Ci Boże za to, że tu jestem.

24.VII.2001.

            Rano nadal wieje i są niezłe fale. Są jednak trochę już mniejsze od wczorajszych. Ruszamy. Parę fal wchodzi mi do kajaka przy omijaniu najbardziej skrajnego punktu płw. Kurbulik – Niż Izgołowice, tzw. „Swiatyj Nos”. Po ominięciu jego mieliśmy wielki dylemat, jaki dalej obrać kurs. Czy robić ścinkę przez Zatokę Burguzińską na płw. chyba Krestowyj, który był oddalony od nas o ok 35 km? Czy też opływać niedaleko brzegu całą Zatokę Burguzińską? Dylemat ten nie byłby żadnym dylematem, gdyby nie młodzi. Sami z Szymonem napewno bylibyśmy wybrali ścinkę, gdybyśmy byli tylko sami. Natomiast z uwagi na bezpieczeństwo najmłodszych sprawa ta nie była tak do końca jasna. Tym bardziej, że pogoda nie była do tego zachęcająca, pochmurna i wietrzna, niepewna jeśli chodzi o najbliższą przyszłość. Kajak najmłodszych był w stanie opłakanym. Do tego ich doświadczenie morskie nie było wielkie. W związku z tym z wielkim żalem, prawie wbrew sobie zadecydowałem, że będziemy opływać tą zatokę. Szymon był tą moją decyzją trochę zmartwiony i czuł się nie w humorze.

            Po około godzinie wiosłowania troszeczkę mocniej przywiało i pojawiło się troszeczkę grzywiastych fal. Ja płynąłem koło młodych. Jedna z tych grzywiastych fal weszła na kajak Artura i Piotrka i na moich oczach o mało co ich nie przewróciła. To wydarzenie pokazało mi dokładnie ich doświadczenie kajakarskie. W trakcie płynięcia młodzi musieli też płynąć do brzegu, bowiem ich kajak dziurawy miał już niezłą ilość wody, którą mimo wylewania kubkiem podczas trasy nie mogli się pozbyć. Zresztą już od wielu dni muszą korzystać z kubka podczas rejsu. Ostatnio jednak staje się to coraz częstsze.

            Płynięcie zakończyliśmy już nocną porą, chyba ok 15 km przed miejscowością Ust-Burguziński. Próbowałem zasnąć pod gołym niebem, bowiem wkurzyłem się na młodych za ich „ślamazarne ruchy” do każdej czynności wyprawy, nawet i rozbijania namiotu. Niestety było za zimno. Nad ranem poszedłem do namiotu Szymona, aby choć trochę się przespać.

25.VII.2001. 

       Rano pogoda trochę sztormowa, pełno chmur. Jednak ruszyliśmy na wodę. Warunki rzeczywiście gorsze  niż wczoraj, większa fala i pada deszcz. Było mi zimno i czułem się trochę śpiący po dzisiejszej nocy. Dlatego dla obudzenia się i rozgrzania mocniej zacząłem ruszać wiosłem. Po ok. godzinie płynięcia doszedłem do ujścia rzeki Burguzin. W oddali w głąb lądu było widać miasteczko Ust-Burguzin. Było ono w odległości ok 800 m. Na brzegu zacząłem czekać na resztę. Szymon przypłynął za ok. 10 min. Powiedziałem mu, że tu poczekamy na najmłodszych. Było zimno, mokro i wietrznie. Biegaliśmy więc dla rozgrzewki po brzegu, wypatrując młodych. Niestety bezskutecznie. Po ok. 2 godzinach oczekiwania zmartwiony popłynąłem z powrotem, aby zobaczyć, co się stało. Szymon powoli za mną też. Bałem się, aby nic się im nie stało, bowiem przy ich doświadczeniu wszystkiego można się było spodziewać. Fale były jeszcze gorsze niż parę godzin temu, ale ja na to nie zważałem i co sił płynąłem. Prawie w tym samym miejscu z którego rano wypłynęliśmy ujrzałem ich stojących na brzegu przy kajaku. Ucieszyłem się, że są, ale oczywiście przy brzegu pod wpływem wszystkich tych emocji zafundowałem im ostrą wiązankę odnośnie ich płynięcia.

Powiedzieli mi, że tonęli. Na szczęście wszystko działo się działo w niedalekiej odległości od brzegu. Po wypłynięciu rano mieli problemy z falami, które zaczęły atakować prawą burtę kajaka i tak już dziurawego. Dużo ich weszło do środka. Zaczęli uciekać więc do brzegu. W końcu koło brzegu poszli na dno. Na szczęście woda nie była tam głęboka. Artur prawdopodobnie wychodził już z kajaka pod wodą.

Pomimo tego rozkazałem, że płyniemy dalej mimo tej pogody. Jednak po spuszczeniu kajaka młodych szybko pochłonęły go fale i znów zaczął zanurzać się. Zdecydowałem więc, że na razie nie płyniemy, bo warunki atmosferyczne są zbyt ciężkie. Deszcz, coraz więcej grzywiastych fal i  wiatr wzmagający coraz bardziej swoją siłę. Wkrótce przypłynął Szymon. Rozbiliśmy za jakąś skarpą namioty, aby schronić się od wiatru i czekamy na zmianę pogody. Te warunki są za ciężkie do płynięcia dla młodych, do tego jeszcze w dziurawym kajaku.

26.VII.2001.

       Rano przestało wiać i padać. Poszliśmy więc z Szymonem obejrzeć kajak młodych po wczorajszych ich przygodach. Wyglądał on w bardzo opłakanym stanie. Trzy główne drzewca wewnętrznej konstrukcji szkieletu doszczętnie połamane, nie mówiąc już  o pomocniczych kijkach jego szkieletu. Szymon wysunął propozycję jego wyrzucenia i wzięcia tylko z resztki tego kajaka pokrycia ( i tak zresztą podziurowianego).  Jeśli zaś chodzi o Piotrka i Artura, to proponował wzięcie ich do naszych kajaków. Nie chciałem jednak wyrzucać tego kajaka i zdecydowałem, że trzeba będzie go zreperować. Przecież w niedalekiej odległości od nas jest Ust-Burguzin, i tam możemy spróbować zreperować go. Tak więc skierowaliśmy nasze dzioby kajaków do Ust-Burguzin.

            Wylądowaliśmy w centrum tego miasteczka, a raczej właściwie powiedziawszy osady złożonej ok z 500 domów drewnianych. Bardzo szybko zgromadzili się wokół nas ciekawi mieszkańcy, głównie dzieci. Mali chłopcy załatwili nam sklejkę i piłkę ręczną. Zaprowadzili do „magazynu”, gdzie kupić można było wkręty. Po ok 5 godzinach pracy, którą dowodził Szymon kajak był zreperowany. Nowa konstrukcja kajaka wydawała się być jeszcze  mocniejszą niż przed wyprawą. Również połatane zostały niektóre większe dziury w pokrywie kajaka, a także zrobiliśmy nowe wiosło.

Zauważyłem też, że nikt z mieszkańców z którymi rozmawiałem nie nazywał Bajkału jeziorem, ale zawsze nazywał morzem. Zresztą sama nazwa Bajkał pochodzi prawdopodobnie z języka staro-buriackiego i znaczy tyle co wielka woda, morze. Dlatego chyba nikt z mieszkańców okolic Bajkału nie określa nigdy Bajkału terminem jezioro, ale zawsze morzem. Choć z drugiej strony, być może to wynika z  dawnej tubylczej wiary  Buriatów w duchy zamieszkujące góry, rzeki, jeziora. Nazwa jezioro mogłaby obrazić ducha Bajkału i dlatego, aby go nie rozgniewać używa się wyrazu morze. Sam jednak osobiście doświadczyłem, że pływanie na Bajkale ma więcej wspólnego z morzem, niż jeziorem.

            Wieczorem ruszyliśmy w rejs. Płynęliśmy ok 4 godzin. Nadal jednak jeszcze nie wypłynęliśmy z tej wielkiej zatoki.  Mszę Św. odprawiłem na podwórku przy świetle księżyca i gwiaździstego nieba.

27.VII.2001.

            Ruszyliśmy wczesnym rankiem. Po wcześniejszych przygodach z młodymi postanowiłem, że cały czas będę płynął koło nich. To dało niesamowite efekty. Chłopaki po raz pierwszy wiosłowali  tak jak trzeba. Po 12 dniach rejsu, wreszcie wszystko było w porządku. Na przerwach pakowali się bardzo szybko, wypływali równo z nami i wiosłowali nieustannie machając wiosłami aż do obranego celu. Płynęliśmy dziś ok. 9 godzin i wreszcie wypłynęliśmy z tej zatoczki.

            Dziękuję Ci Boże za ten dzień. Za pogodę, która umożliwiła nam pokonanie w dniu dzisiejszym tak wielu kilometrów. 

28.VII.2001. 

Trochę ciężkie było poranne płynięcie dla młodych. Zostawiłem ich trochę w tyle i gdy się obudziłem trzeba było czekać ponad 30 minut na nich. Muszę starać się zawsze koło nich płynąć i ich dopingować, wtedy mają tylko normalne tempo. Płynęliśmy dziś koło wyspy Olchon, największej wyspy Bajkału. W oddali z prawej burty było widać jej majestatyczne kształty. Pogoda była bardzo słoneczna. Na brzegach buriackich w pobliżu, których płynęliśmy widzieliśmy sporo turystów. Przyglądali się nam z zaciekawieniem. Ogromnym problemem dzisiejszego dnia stał się porządnie przeciekający kajak młodych, który zbyt szybko wchłaniał w siebie wodę. Artur i Piotrek co 30 minut opróżniali wodę, w której siedzieli prawie po pas. Ten problem spowodował, że zatrzymaliśmy się wcześniej i próbujemy prymitywnymi sposobami załatać dziury w ich kajaku. Pojawiły się one prawdopodobnie wczoraj wieczorem przy portowaniu, albo dzisiaj przy wypływaniu, bowiem dno było płytkie i bardzo kamieniste.

Dziękuję Ci Boże za ten dzień. Za poranną mgłę, w której człowiek traci punkty odniesienia i zatraca się przestrzeń. Za księżyc i cudowny zachód słońca nad wyspą Olchon. Dziękuję za młodych, którzy są mi zadaniem, wyzwaniem, bo dzięki nim poznaję moją niedoskonałość. Dziękuję za walkę z sobą i przyrodą, żywiołami. Walka z sobą o jak najlepszy stosunek do drugiego człowieka, niezależnie od jego wad.

            Płynęliśmy dziś mimo łatania kajaka ok 8 godzin.

29.VII.2001.

       Ten dzień był dobry. Płynęliśmy ok. 9 godzin. Mieliśmy prawie przez cały dzień świetny wiatr w plecy. Powodował on niezłe grzywy. Kiedy z Szymonem w ciągu dnia odmawialiśmy różaniec trzeba było co chwila go przerywać, bowiem fale miotały nami nieźle, tak że ciężko było utrzymać prosty kurs. Wiele z fal wchodziło do wnętrza kajaka. Wiatr  ten był zasilny, żeby płynąć pod niego, ale z nim czemu nie. Choć płyniecie takie wymagało ogromnego wysiłku, aby kajak utrzymać z wiatrem i falą. Arturowi siadły trochę ścięgna, bo za mocno wiosłował przez ostatnie dni. Przyczyniło się do tego także jego wiosło, które wykonane  przez nas w Ust-Burguzin było zbyt ciężkie. Nasze zresztą wiosła też nie należą do sportowych, bowiem są wykonane z drzewa i mają swoją wagę, ale Artura było wykonane z  nasiąkniętego wodą drzewa i dlatego ważyło konkretnie.

            Bardzo ciekawe było nasze lądowanie wieczorem na brzeg. Ja zlekceważyłem wysokość fal i bardzo spokojnie popłynąłem na brzeg. Szybko jednak odczułem jakąś falę na moim grzbiecie. Kajak obrócił się prostopadle do fal i parę ich zalało jego wnętrze. Młodzi byli jeszcze lepsi. „Szybki” Piotrek nie zdążył sprawnie wyjść w porę z kajaka i cały ich kajak idealnie zalała woda. Rzeczy im zaczęły pływać na wodzie. Udało się jednak wszystkie je wyłowić. Najdłużej trwały poszukiwania kubeczka, które prowadził zacięcie Piotrek. Ku naszemu zdziwieniu odnalazł go po paru minutach, wyciągając go z dna.

30.VII.2001. 

       Dzisiejszy dzień był bardzo upalny. Płynęliśmy wzdłuż piaszczystych plaż zapełnionymi  wczasowiczami z tych okolic. Jedynym większym akcydensem w ciągu tego dnia była moja uwaga dość ostra zwrócona do Piotrka, żeby lepiej płynął. Rano bowiem, jak i w ciągu dnia kiedy jest zmęczony dostrzegłem u niego tendencje wymigiwania się we wszelki możliwy sposób od wysiłku wiosłowania. Artur wiosłuje bardzo dobrze i od dawna już  ustanowiłem go sternikiem ich jednostki, ale Piotrek nie chce go słuchać. Muszę płynąć cały czas koło Piotrka  i pomagać mu przełamywać swoje boleści. Tak samo jeśli chodzi o pakowanie, Artur robi to bardzo szybko Piotrek tak wolno, że doprowadza nas wszystkich do szału. Chciałem mu pomóc dziś zapakować rzeczy do kajaka, aby szybciej przebiegał nas start, ale Piotrek na to się nie zgodził. Cały czas zwracałem mu uwagę, co powinien zrobić, aby wszystko przebiegało sprawnie. Jednak bez skutku. Wydaje mi się, że przechodzi teraz wiek dojrzewania tzw. „cielęcy”.

            Wieczorem lądowaliśmy na zabłoconym brzegu, bowiem dopłynęliśmy już do rozlewisk Selengi, największej rzeki, która wpada do Bajkału. Był to mój pomysł, aby tu lądować, ale pora już była późna żeby szukać piękniejszego brzegu. Płynęliśmy w sumie ok. 9 godzin.

31.VII.2001.

       Pogoda poranna była kiepska, deszcz, dużo ciemnych chmur i wiatr. Nie była to zachęcająca pogoda do wypłynięcia, gdyż mieliśmy świadomość, że przepłynąć musimy wszystkie rozlewiska rzeki Selengi, które mają chyba ok. 70 km. Nie było wiadomo, czy znajdziemy tam jakiś twardy ląd na odpoczynek w razie trudnych warunków pogodowych. Psychicznie przygotowaliśmy się na spanie w razie czego na wodzie w kajakach.

            Mimo brzydkiej pogody ruszyliśmy. Po wypłynięciu dość szybko poczuliśmy na twarzy dość silny wiatr, połączony z deszczem, który nam blokował nieprzyjemnie drogę przed siebie. Wiatr był naprawdę silny. Szymon miał problemy z poruszaniem się do przodu. Musiał zmienić miejsce w swoim kajaku na bliższe dziobowi, tak aby ciężar oporu zmniejszyć do minimum. Odpoczynki po męce zdobywania kilometrów robiliśmy wpływając w duże trawy rozlewisk Selengi. Woda tam była bardzo głęboka, nie można było wyjść z kajaka, ale dawało to schronienie od wiatru, choć nie od deszczu.

            Na obozowisko udało się nam znaleźć z wielkim trudem wśród tych szuwarów skrawek w miarę suchego miejsca. Namioty rozbiliśmy na dużych kępach trawy, które chroniły nas od wody znajdującej się pod kępami. W pobliżu nas było gniazdo orłów. Płynęliśmy dziś ok 7,5 godzin. Mamy nadzieję, że pogoda jutro będzie lepsza.

1.VIII.2001. 

       Ruszyliśmy bardzo wcześnie. Nieprzyjemnie było nakładać po wyjściu z namiotu mokre ciuchy. Musieliśmy w trakcie porannego płynięcia przedzierać się wiele razy przez różne szuwary, aby płynąć do przodu. Na szczęście pogoda nam się poszczęściła, bowiem wiatr mieliśmy w plecy. Piotrek i Artur jak zwykle byli w tyle. Starałem się jednak płynąć koło nich. Z moich dotychczasowych obserwacji ostatnimi dniami dostrzegłem, że Artur płynie bardzo dobrze. Gorzej przedstawia się sprawa z Piotrkiem, który aby poruszać wiosłami potrzebuje dopingu, bowiem ciężko mu pokonywać siebie. Do tego ruchy jego wiosła są szybkie, krótkie i płytkie. Nie są  więc dobre. Myślę jednak, że trochę moim błędem jest traktowanie Piotrka jako normalnego członka załogi, gdyż nie daje on sam rady. Muszę starać się traktować go jako dziecko, bowiem jako dziecko, to spisuje się na medal. Mógłby być tylko bardziej posłuszny i szybki. Artur natomiast jest bardzo dobrym członkiem wyprawy. Wiosłuje bardzo dobrze i cały napęd ich kajaka jest głównie dzięki niemu. Ruchy jego wiosła są wolne, długie i głębokie. Wiosłuje nieustannie, przez cały czas, bez odpoczynku. Szybko się pakuje i jest posłuszny.

            Po południu wiatr zwiększył swoją siłę i dlatego już oprócz całkowitej bieli grzyw pojawiła się już woda pieniąca. Przy końcówce opływania rozlewisk Selengi ten silny wiatr mieliśmy lekko z lewej strony burt kajaków. Nie dało się wiosłować na obrany cel, gdyż fale i wiatr były za silne. Wiosłowała tylko wyłącznie lewa ręka. Dużo fal weszło do środka kajaka. Starałem się płynąć przy młodych, ale w pewnym momencie uciekli mi obierając kurs na najbliższy wizualnie ląd, do którego było chyba ok. 8 km. Nie mogłem do nich dojść, bowiem ciężko było zapanować nad tymi falami, a młodzi mieli chyba we krwi w tym momencie za dużo adrenaliny. Nie zauważyli, że ok pół kilometra od nas był jakiś słabo widoczny ląd i, że chciałem tam popłynąć. Trochę się na nich zdenerwowałem, że trzeba będzie przez nich robić dodatkowe niepotrzebne kilometry.

            Późną już nocą dopłynęliśmy do jakiejś mierzej za jakimś miastem na literę P, chyba nazywała się Posolsk. Nocą rozbiliśmy na tej mierzej nasze namioty. Płynęliśmy dziś ok 12 godzin.

2.VIII.2001. 

       Rano budzi nas sztorm, wieje ostro. Warunki do płynięcia fatalne. Namioty chylą się prawie do ziemi od silnego wiatru. Obawiam się, żeby nie połamały. Póki co próbujemy drzemać w namiotach. Wychodzę, co jakiś czas z namiotu, aby oceniać sytuację. Dostrzegam, że wiatr coraz bardziej zwiększa siłę i że fale coraz większe przelewają się już przez naszą mierzeję. Mierzeje ta dzieli wody Bajkału od zatoki przy lądzie stałym. W niektórych miejscach widać już tylko falę, która pochłaniają węższe miejsca mierzej. My akurat biwakujemy na miejscu w miarę szerokim, ale fale zatrzymują się już metr od namiotów. Zarządzam szybką ewakuację. Kiedy próbujemy złożyć namiot łamią się niektóre patyki konstrukcji szkieletu namiotu. Pewnie niektóre z nich musiały już popękać w nocy. Wiatr jest zasilny, aby złożyć dobrze namiot. Wkładamy go pośpiesznie do jakiegoś worka. Szymona miejsce na którym był rozbity jego namiot zalewają już fale. Uciekamy do zatoczki do odległego jakieś 800 m lądu stałego. Musimy przedzierać się, aby dostać się na brzeg przez jakieś szuwary i bagno. Pchamy z wielkim trudem kajaki po tym bagnie. Na brzegu szukamy dobrego miejsca, aby schronić się od wiatru. Reperuję szybko prymitywnie namiot. Rozbijamy się i oczekujemy na zmianę pogody.

3.VIII.2001.

            Pogoda nadal podobna jak wczoraj. Czekamy więc na zmianę pogody. Szymon jak zawsze mimo deszczu rozpalił ognisko i przygotował coś gorącego do jedzenia. Dobrze by było już płynąć. Około godziny 12.00 wyruszamy. Nadal pada deszcz, jednak wiatr już tak mocno nie wieje. Białe grzywy fal są nadal, ale da się na nich płynąć. Poruszamy się z prędkością dwa razy wolniejszą niż normalnie, ale płyniemy do przodu, a to najważniejsze. Bardzo duże ilości wody wchodzą do kajaków od tych nieprzyjemnych fal. Jesteśmy już do tego przyzwyczajeni i nie jest to problemem siedzieć z zadkiem w wodzie. W sumie płyniemy ok 7,5 godzin.

4.VIII.2001. 

       Rano deszcz. Ciuchy jak zawsze mokre. Nie chce się ich wkładać, bo do tego są jeszcze chłodne. Trzeba je po prostu wykręcić, nałożyć i ruszyć. Tym bardziej, że nie mamy zbyt silnego wiatru. Ruszyliśmy, ale szybko gdy już byliśmy na wodzie przyszedł deszcz i zimny płd-zach. wiatr. Bardzo paskudnie zimno i mokro. Wyjąłem rękawiczki, bo ręka prawa mi drętwieje od zimnego wiatru. Padało i wiało cały dzień. Płynęliśmy w sumie ok 8 godzin.

            W kajaku przez cały dzień były duże ilości wody, która wchodziła z góry od tego paskudnego deszczu. Wszystko było mokre. Przy rozbijaniu namiotu najpierw trzeba było wylać z niego strumienie wody. Cały i tak był mokry. Wszystko mokre, albo wilgotne.

            W trakcie rozmyślań podczas dzisiejszego płynięcia odkryłem, że gorsze niż przejścia dużych sztormów jest poczucie odpowiedzialności za drugiego człowieka. Odpowiedzialność i troska, aby nic mu się nie stało jest gorsza niż przechodzenie samemu największych sztormów.

            Wieczorem jak zawsze była Msza Św. Modliliśmy się o słoneczną pogodę, bo ten trwający już parę dni deszcz dobrze daje nam we znaki. Niestety deszcz padał całą noc. Szymon miał pecha. W miejscu gdzie rozbił swój namiot musiał o 4.00 nad ranem się ewakuować, bowiem powstała tam duża kałuża. Sen mu przerwała woda pływająca w środku jego namiotu i jego własnym śpiworze.

5.VIII.2001. 

            Rano nadal deszcz. Jest Niedziela. Odciągamy się z wyruszeniem. W końcu wykręcamy swoje mokre ubrania, nakładamy je na siebie i ruszamy. Nadal pada deszcz. Wieje płd-zach zimny wiatr. Ciężko się płynie. Do pierwszej przerwy płyniemy ok. 3 godziny. Pogoda powoli zmienia się, chociaż na niebie nadal pełno chmur. Staje się cud. Nasze wczorajsze modlitwy zostają wysłuchane. Zaczyna świecić słońce, tak wyczekiwane przez nas od tylu dni. Z radością rozpakowujemy wszystkie nasze bagaże i zaczynamy je suszyć. Dostrzegam, że mój kajak potrzebuje reperacji. Trzeba zszyć rwący się brezent z prawej burty kajaka i wzmocnić jakoś wkrętami połamane części konstrukcji szkieletu.

            Wieczorem mamy na wodzie cudowny zachód słońca. Jest fajnie.  Rozkoszujemy się pięknem otaczającej nas scenerii przyrody. W trakcie płynięcia pod koniec dnia śpiewam znane mi piosenki i gwiżdżę co sił. Najważniejsze, że Bóg czuwa, reszta się nie liczy. W sumie płynęliśmy ok 8 godzin.

6.VIII.2001. 

       Wyruszmy w miarę wcześnie. Pogoda słoneczna. Jedyną niedogodnością jest na początku dnia płd-zach wiatr, ale nie jest straszny. Na trasie naszego rejsu od paru dni ciągnie się na wybrzeżu kolej. Niektóre przejeżdżające lokomotywy pozdrawiają nas gwizdkiem. Piotrek i Artur zostają czasami trochę w tyle. Mówią, że kosi im kajak w lewo. Nadal mają pełno wody w kajaku i co chwila muszą ją wylewać. Najważniejsze jednak, że płyną do przodu. Jesteśmy już niedaleko końca i chłopaki płyną coraz bardziej się zgrywają.

7.VIII.2001.

       Znowu przepiękny dzień. Płynie się fantastycznie i szybko. Na jednym z postojów Szymon przymocowuje dla młodych uszkodzony ster. Spostrzega dużą dziurę w miejscu na przymocowania steru, przez którą wchodziła z pewnością woda, choć nie tylko, gdyż pokrywa ich kajaka jest nieźle  też podziurawiona. Do Sliudianki, miejsca naszej mety mamy już niedaleko. Gnamy więc do przodu. Trzeba jednak czekać co chwila na młodych, którzy cały czas są w tyle. Nocujemy na brzegu  na jakimś wzgórzu leśnym. Jutro z pewnością dopłyniemy do Sliudanki.

8.VIII.2001. 

       Do Sliudanki jak wynika z mapy mamy ok 20 km. Szymon wypływa jako pierwszy. Ja próbuję czekać na młodych, by ruszyć razem z nimi. Jednak Piotrek, prawie jak zawsze potrzebuje wiele czasu, aby spakować tylko swój plecak. Szymon w tym czasie potrafi rozpalić ognisko, zagrzać jakiś posiłek, spakować swój namiot i rzeczy i być pierwszy gotowy do wyruszenia. Ja składam za nich namiot zawsze rano, aby było sprawniej. Jednym zadaniem ich jest spakować swoje rzeczy, zjeść i wyruszyć równo z nami. Artur się wyrabia bez problemów, ale musi czekać na Piotrka, który się nie wyrabia. W związku z tym zawsze są jako ostatni na wodzie. Nigdy podczas rejsu nie udało się im być na wodzie przed nami. Wypływam przed nimi, bowiem oczekiwanie zaczyna mi się dłużyć, a pogoda jest przepiękna. Woda jest gładka, jak tafla lodu. Szymon jest już daleko, ledwo go widać. Postanawiam dla porannej rozgrzewki dogonić Szymona. Po kilkunastu minutach dochodzę go. Dalej płyniemy już razem. Wpływamy do Sliudanki. Szukamy miejsca najbardziej dogodnego do lądowania, które byłoby położone jak najbliżej stacji kolejowej. Znajdujemy przystań, chyba w parku miejskim tej miejscowości. Tutaj kończymy nasz rejs wschodnim wybrzeżem Bajkału. Słońce świeci mocno. Wyjmujemy bagaże z kajaków, rozbieramy kajaki i wszystko suszymy. Po ok. godzinie przypływają najmłodsi. Cieszą się, że to już koniec. Przepłynęli Bajkał. Ja też cieszę się, że wszyscy przypłynęli go cało i zdrowo.

                                                          ********************

            Rejs ten dla mnie osobiście był trudny, ale nie tyle ze względu na warunki atmosferyczne, które zresztą też nie były łatwe, ale bardziej ze względu na młodych. Ciągła uwaga, troska, nerwy, aby się im nic nie stało. Cały czas wychowawcze do nich uwagi, aby wykrzesać z nich wszystko, co się da. Trudno było znaleźć ciszę, aby zatopić się w mistykę Bajkału. Zobaczyłem, że o wiele gorszym strachem niż strach osobisty przed najgorszym sztormem jest strach, aby drugiemu człowiekowi powierzonemu mej opiece nic się nie stało. Odpowiedzialność za drugiego, który został powierzony mej opiece jest jeszcze trudniejszym wyzwaniem, niż samemu pokonywanie największych trudów. Ile cierpliwości wymaga zmaganie się z niewyrobionymi jeszcze charakterami, które próbują udawać dorosłych, a są dzieciakami. Szczególnie chodzi tu o Piotrka. Artur słuchał moich uwag i choć to była jego pierwsza wyprawa spisał się na medal.

            W sumie jednak jestem zadowolony z wyprawy. Jestem zadowolony, że udało się mi wraz z Szymonem cało i zdrowo przeprawić przez całe wschodnie wybrzeże Bajkału Piotrka i Artura. Wprowadzić ich w smak morskiej przygody. Bajkał bowiem ma więcej wspólnego z pływaniem na morzu, niż po jeziorze. Nikt z mieszkańców Bajkału nie ośmieli nazwać się Bajkału jeziorem, ale wszyscy nazywają go morzem. Położenie jego wśród gór i jego głębokość powoduje, że wody jego są bardzo zimne. Potrafią wiać na nim bardzo często bardzo silne wiatry, takie jak nasz „halny”. Powodują one duże fale. Największe jakie my widzieliśmy były ok 4 metrowe. Choć do płynięcia kajakami o wiele gorsze niż duże fale potrafią być niższe, ale krótkie, rwące. Bajkał to najbardziej burzliwe jezioro świata. Pogoda na nim zmienia się co chwila i trudno przewidzieć co będzie za parę minut. Jest piękny, cudowny, a jednocześnie surowy, nieobliczalny.

            Pierwszy raz na Bajkał ruszyliśmy w 1999r. Przepłynęliśmy wtedy z Szymonem i Czarkiem całe zachodnie jego wybrzeże. Teraz w 2001r wraz z Szymonem, Arturem i Piotrkiem pokonaliśmy jego całe wschodnie wybrzeże. Wyprawa ta trwała 25 dni. Na pewno byłoby może szybciej, gdyby nie opiekowanie się najmłodszymi. Chciałem jednak, aby i oni poznali smak Bajkału. Ponad to, warunki pogodowe mieliśmy o wiele gorsze niż podczas pierwszej wyprawy w 1999. Mieliśmy o wiele większą ilość sztormów, i do tego o wiele bardziej poważnych. Mieliśmy większą ilość dni deszczowych, chłodnych. Wiatr prawie przez cały czas płd-zach wiejący prosto w twarz. Do tego wybrzeże wschodnie Bajkału jest dłuższe niż zachodnie, tak więc trzeba było przewiosłować więcej kilometrów.

            Ogólnie jednak oceniam całą wyprawę za udaną. Muszę też w końcu pochwalić najmłodszych za ich hart ducha. Od około połowy wyprawy płynęli na dziurawym kajaku. Co godzina musieli wylewać z niego parę wiader wody i siedzieć prawie bez przerwy w zimnej wodzie. Przeżyli grozę sztormów i tonęli. Spali mało i jedzenie też nie było najlepsze. Musieli bardzo dużo wiosłować, nie będąc na początku zbyt zgrani nawzajem w kajaku. Do tego musieli słuchać bardzo często moich wszelkich uwag, że za wolno itp. Wyprawa  ta  nie  była sielanką. Była walką z przyrodą, a przede wszystkim z własną słabością. Ja próbowałem wykrztusić z nich, co się da. Dzięki Szymonowi mogło wszystko iść sprawnie. Nie było dla niego pogody, w której to nie rozpaliłby ogniska i przygotował coś gorącego dla nas do jedzenia. Świetnie łatał rozwalające się kajaki. Bez jego pomocy szybko w gruzach ległaby cała ta wyprawa. Szymon to „kuchcik”, “złota rączka” i niezastąpiony kompan wszelkich wypraw.

            Nade wszystko dziękuję Bogu, że czuwał nad naszą ekspedycją.

                         X. Darek

 

                                       Artur Sańko©sanio@op.pl